Spojrzał na mnie ostro.
— Nie musisz.
— Sam zacząłeś.
Wziął głębszy oddech.
— Z nią było lekko.
— Oczywiście. Nie wiedziała jeszcze, ile masz długów, jak bardzo boisz się szefa i że każdej nocy chrapiesz.
— Nie patrzyła na mnie jak na nieudacznika.
Po raz pierwszy zobaczyłam w jego twarzy nie irytację, tylko zmęczenie.
— Nigdy nie uważałam cię za nieudacznika.
— Ale ciągle byłaś niezadowolona.
— Byłam wyczerpana.
— Tobie zawsze było mało.
— Nie pieniędzy — odpowiedziałam. — Brakowało mi szacunku.
Zamilkł.
Wokół nas przechodzili ludzie.
Ze sklepów dobiegała muzyka.
Ktoś śmiał się przy fontannie.
Para nastolatków przeszła obok nas z kubkami kawy.
Świat toczył się normalnie, zupełnie obojętny na fakt, że po dziesięciu latach dwoje ludzi ponownie rozmawia o końcu własnego małżeństwa.
— Oficjalnie rozwiedliśmy się trzy miesiące po moim odejściu — powiedział. — Ani razu nie próbowałaś mnie odzyskać.
— Próbowałam. Tylko nie tak, jak chciałeś.
— To znaczy?
— Próbowałam zachować godność.
Uśmiechnął się krzywo.
— Godność nie ogrzewa człowieka w nocy.
— Za to pomaga rano patrzeć na siebie w lustrze.
Westchnął ciężko.
— Czasami wspominam nasz dom.
— Mieszkanie.
— Dla mnie to był dom.
Pokręciłam głową.
— Nie tęsknisz za domem. Tęsknisz za wygodą.
Spojrzał na mnie.
— Za czystymi koszulami. Gotowym jedzeniem. Porządkiem. I człowiekiem, który zawsze był pod ręką, kiedy czegoś potrzebowałeś.
