Kilka tygodni później rzeczywiście napisał.
Nie przyjechał bez zapowiedzi.
Nie pojawił się w drzwiach tylko dlatego, że kiedyś był moim mężem.
Napisał oficjalną wiadomość.
Wyjaśnił, że chciałby odwiedzić ośrodek i dokonać wpłaty na fundusz.
Nie dla mnie.
Dla kobiet, którym pomagaliśmy.
Dopiero wtedy się zgodziłam.
Przyszedł sam.
Długo chodził po salach.
Oglądał prace.
Słuchał historii uczestniczek.
Nie próbował zwracać na siebie uwagi.
Nie komentował.
Nie porównywał.
Jedna z naszych uczestniczek, młoda kobieta o imieniu Swieta, opowiadała, że po trudnym rozwodzie przez długi czas bała się nawet wychodzić z domu.
