— Nie dzięki twojemu odejściu. Dzięki temu, że musiałam uratować samą siebie.
Odwrócił wzrok.
— Zawsze potrafiłaś ładnie mówić.
— Kiedyś się z tego śmiałeś.
— Kiedyś byłem głupi.
— Teraz też nie zmieniłeś się aż tak bardzo.
Niespodziewanie się roześmiał.
Tym razem naprawdę.
Po raz pierwszy od początku rozmowy jego śmiech nie brzmiał sztucznie.
— Teraz cię poznaję.
— A ja ciebie już nie.
— Źle?
— Nie. Dobrze.
Staliśmy przy ruchomych schodach i ludzie musieli nas omijać.
Podniosłam torby z ławki.
— Muszę już iść.
— Zaczekaj.
— Co?
— Mógłbym kiedyś przyjechać do twojego ośrodka?
Zmarszczyłam brwi.
— Po co?
— Nie wiem. Chciałbym zobaczyć, co zrobiłaś.
— To nie jest wystawa mojego życia.
— Rozumiem.
— I nie chcę, żebyś tam przychodził z ciekawości albo po to, żeby się ze mną porównywać.
— Nie zamierzam.
— Więc po co?
Długo szukał słów.
