W jednej ręce trzymał telefon.
W drugiej torbę ze sklepu ze sprzętem AGD.
Na palcu nie miał obrączki.
Minęło dziesięć lat.
Dziesięć lat od momentu, kiedy zamknęły się za nim drzwi naszego wspólnego mieszkania.
Dziesięć lat, podczas których ani razu nie stanęliśmy naprzeciwko siebie tak jak teraz.
— Nie bardzo rozumiem — powiedziałam spokojnie. — O jakim gryzieniu się z żalu mówisz?
Uśmiechnął się.
Ten uśmiech miał być pewny siebie, ale nie było w nim już dawnej swobody.
— Nie udawaj, że nie rozumiesz. Minęło dziesięć lat. Tyle czasu byliśmy razem. A teraz chodzisz z miną kobiety, której wszystko się udało.
— Może dlatego, że naprawdę mi się udało.
Przyjrzał mi się od stóp do głów.
— Nieźle wyglądasz. Nie spodziewałem się.
— Dziękuję. Ty też się… zmieniłeś.
Natychmiast się napiął.
— W jakim sensie?
— W najzwyklejszym. Ludzie zmieniają się przez dziesięć lat.
Wyprostował ramiona.
— Stałem się poważniejszy.
— Oczywiście.
— A ty nadal jesteś złośliwa.
— Kiedyś nazywałeś to „nieumiejętnością cieszenia się życiem”.
W jego oczach pojawiło się krótkie rozdrażnienie.
— Nadal to pamiętasz?
— Niektórych rzeczy się nie zapomina. Zwłaszcza tych, którymi ktoś próbuje wytłumaczyć, dlaczego cię zostawia.
Odwrócił wzrok.
Po chwili ponownie na mnie spojrzał.
— Jesteś sama?
— W tej chwili tak.
— Nie o to pytam. W ogóle.
— A to już nie jest twoja sprawa.
Zaśmiał się, ale śmiech zabrzmiał sztucznie.
