Ścisnęło mnie w żołądku.
Dwadzieścia minut później wyszedł i odjechał. Pojechałam za nim.
Zatrzymał się przy szpitalu dziecięcym – tym samym, gdzie leczył się Owen. Wziął paczki z bagażnika i wszedł do środka.
Poszłam za nim cicho.
Przez okno zobaczyłam, jak przebiera się w dziwny strój: kolorowe szelki, kraciasty płaszcz i czerwony nos klauna.
Potem wszedł na oddział pediatryczny.
Dzieci zaczęły się uśmiechać jeszcze zanim do nich podszedł. Rozdawał zabawki, żartował, specjalnie się potykał, żeby je rozśmieszyć.
Pielęgniarka nazwała go „profesorem Giggles”.
Zamarłam.
„Charlie…” – powiedziałam cicho.
Odwrócił się. Uśmiech zniknął.
„Co tu robisz?”
