„Przekazuję dowody.”
Potem zaczął mówić.
Nie przyznawać się.
Ludzie tacy jak on rzadko przyznają się od razu.
Najpierw oskarżają.
Potem grożą.
Następnie próbują zyskać na czasie.
„Wiesz, ile zrobiłem dla tej firmy.”
„Wiem.”
„Jeśli to wyjdzie na jaw, akcje spadną.”
„Prawdopodobnie”.
„Inwestorzy wpadną w panikę”.
„Może”.
Pochylił się w moją stronę.
„Zaryzykujesz wszystko dla zwolnionego pracownika?”
I wtedy zdałem sobie sprawę, jak bardzo się zepsuł.
„Nie” – powiedziałem. „Dla prawdy”.
Ochroniarze wyprowadzili go z budynku dwadzieścia minut później.
Nie czułem żadnej satysfakcji.
Tylko ciężar.
Bo wiedziałem, że gdyby nie głodny ośmiolatek w piekarni, Georgi prawdopodobnie by kontynuował.
A ja dalej wierzyłbym, że prowadzę uczciwą firmę.
