Owen został uznany za zmarłego.
Bez ciała. Bez ostatniego pożegnania.
Załamałam się całkowicie. Trafiłam pod obserwację do szpitala, a Charlie zajął się pogrzebem, bo nie byłam w stanie nawet na nim stanąć. Kiedy nie ma pożegnania, żałoba nigdy się nie kończy – tylko krąży bez końca.
Telefon znów zadzwonił, wyrywając mnie z myśli. Spojrzałam na ekran: pani Dilmore.
Owen ją uwielbiał. Matematyka była jego ulubionym przedmiotem właśnie dzięki niej.
„Halo?” – mój głos był słaby.
„Meryl, bardzo mi przykro, że dzwonię w ten sposób” – powiedziała poruszona. – „Dziś znalazłam coś w swojej szufladzie. Myślę, że musi pani natychmiast przyjechać do szkoły.”
„Co takiego?”
„To koperta… z pani imieniem. Od Owena.”
Ścisnęłam koszulkę mocniej.
„Od Owena?”
„Tak. Nie wiem, jak się tam znalazła. Ale jest w jego piśmie.”
Nie pamiętam, jak zakończyłam rozmowę. Pamiętam tylko, że wstałam zbyt szybko, z sercem w gardle.
Znalazłam moją mamę w kuchni. Została z nami po pogrzebie, bo nie jadłam i budziłam się w nocy, wołając syna.
„Jego nauczycielka coś znalazła” – powiedziałam. – „Owen zostawił mi coś.”
Jej twarz zmieniła się w sposób, który rozumie tylko matka.
